Omlet na dzień matki
Jaka byłaby ze mnie
blogerka kulinarna, gdybym nie wrzuciła postu o śniadaniu na dzień matki?
Pewnie taka sama, jak teraz kiedy go robię, ale wolę się nie przekonywać.
Wracając
do pytania, dlaczego? A dlatego, że siedzę właśnie na działce, popijam kawę i
zabieram się za pisanie posta. Więc skoro piszę ten post w dzień matki, to automatycznie nasuwa
się, że powinno to być jakieś prezento-jedzenie. Prezento-jedzenia są super. O
ile naprawdę wiesz, co smakuje osobie, która będzie prezento-jedzenio-biorcą. Myślę, że nie ma na to metody, w
moich doświadczeniach z byciem prezento-jedzenio-dawcą i
prezento-jedzenio-biorcą była już lasagne w koszu na śmieci (pewnie niejeden
amator czy prefosjonalista myśli teraz "mam nadzięję, że to ta z Twojego
przepisu, bo jest dnem kulinarnym!"), były okrzyki zachwytu nad makaronem
z ananasem, który nie miał prawa
się udać (post pojawi się niebawem, ale naprawdę będzie warto czekać na niego!)
było rozczarowanie, zaskoczenie i euforia, a także płacz, mam nadzieję, że
wszystkie te historie uda mi się tutaj przybliżyć. Więc skoro już wiemy, że
logiczne było wrzucenie dzisiaj postu o prezento-jedzeniu, to teraz pytanie,
czemu akurat ten omlet? Odpowiedź jest najbanalniejsza na świecie: to było
zdjęcie jedzenia, które
najbardziej nadawało się na zdobycie tytułu prezento-jedzenia. Zdecydowanie za
często powtarzam "prezento-jedzenia", ale dzisiaj chyba się
zakochałam w tym zwrocie.
Czas przygotowania: 15 minut
Liczba porcji: 1
Składniki:
- Jajko
- Łyżeczka cukru brzozowego(można pominąć, zastąpić zwykłym lub brązowym)
- Łyżka płatków owsianych
- Ulubione owoce, ja wykorzystałam banana i kilka truskawek
- 2 kostki gorzkiej czekolady
- Mały jogurt naturalny
- Szczypta soli
Sposób przygotowania:
Zacznę
od tego, że nie możesz się poddawać. Powiedzmy, że teraz moje umiejętności
kulinarne są na etapie amatorskim (gdybym była zarozumiała, próżna i nadęta powiedziałabym, że
średniozaawansowana, ale przecież nie jestem), ale moje początki były naprawdę
ciężkie. Weźmy na talerz, pierwszy raz kiedy z okazji urodzin mamy chciałam
przyrządzić jej prezento-jedzenie. Wymyśliłam sobie wtedy, że zrobie mamie
muffinki. Ale nie takie zwykłe! Takie standardowe muffinki wychodziły mi
całkiem nieźle. Tylko, że ja postanowiłam zrobić pikantne muffinki. Wtedy
jeszcze nie ryzykowałam z tworzeniem własnych przepisów, a zdałam się na jakiś przepis znaleziony w internecie. Zaczęłam je
robić późnym wieczorem dzień
wcześniej, bo wiedziałam, że mama ma rano słaby sen, więc bez sensu byłoby ją
budzić o 6 rano w dniu urodzin. Upieprzyłam przy tym kuchnię niesamowicie, ale
gotowe ciasto zapowiadało się całkiem nieźle i tylko czekało aż włożę je do piekarnika.
Teraz lekcja dla Ciebie: pamiętaj, jeśli wyciągasz coś z piekarnika i jest
mocno wodniste, to znak, że chyba coś poszło nie tak. Chyba nie muszę kończyć... Ale zacznę w takim razie przepisa na omleta, który wyszedł jak dotąd za każdym razem.
Największym
problemem w prezento-jedzeniu, jeśli serwujemy go domownikom, to to, że jeżeli
jest to śniadanie to trzeba wstać wcześniej. Nienawidzę wstawać wcześniej. A
jeśli wstaje nawet później to
przez jakieś pół godziny chodzę z
zamkniętymi oczami. Jest to powód,
dla którego każde śniadanie
zaczynam od kawy. Po tym kroku, każdy kolejny to już łatwizna. Kiedy wypiję już
przynajmniej 4 łyki kawy i minie pół godziny zanim zdecyduję się na to, co zjem ( tym razem szybciej, bo w
końcu to nie ja jem i już wiem co robię) czas na oddzielenie białka od żółtka. Białko ubijam
na sztywną pianę (dodając wcześniej szczyptę soli) lub na po prostu pianę, akurat w tym
przypadku, nie jest to kluczowo ważne. Ale jest ważne w bezach. Pamiętaj o tym.
W dniu matki parę lat temu o tym nie pamiętałam. Oglądałam bodajże Nigelle, która robiła wtedy bezę z malinami (wykwintnie
nazywaną " beza Pavlovej" ) i postanowiłam sprezentować to mamie.
Wszystko pięknie, tylko ile razy widzieliście beze o wysokości niecałego pół centymetra? Przynajmniej była smaczna.No i
polewa z malin wyszła całkiem niezła. Więc kiedy piana była już ubita, wsypałam cukier, żółtko i stopniowo płatki owsiane oraz łyżkę jogurtu naturalnego. Kiedy wszystko miało w miarę jednolitą
masę wlałam to na rozgrzaną patelnię teflonową (nie używam tłuszczu na niej, bo
nic do niej nie przywiera, jeśli jednak potrzebujesz polecam olej kokosowy
bezzapachowy), zmiejszam ogień na bardzo mały, przykrywam przykrywką i
zostawiam na koło 4/5 minut. W tym czasie kroję owoce i rozpuszczam czekoladę.
W małym garnuszku zagotowuję wodę, kiedy zaczyna wrzeć kładę na tym niewielką
metalową miseczkę i wrzucam kostki czekolady. Co jakiś czas mieszam aby roztopiło się szybciej. Omlet przewracam na drugą stronę,
tutaj zostawiam go na około 2 minuty, zrzucam na talerz, smaruję cały placek jogurtem, dodaję owoce i polewam
czekoladą. Gwarantuję, że w takim śniadaniu ciężko cokolwiek zepsuć, a każda mama będzie zachwycona.
Prezento-jedzenia są super! No chyba, że są zupą. Wtedy są nie-super.