Ciasto jogurtowe z owocami
Masz taki dzień, kiedy jesteś pełen zapału do pracy, masz mnóstwo planów, wiesz, że to dzień kiedy zrobisz mnóstwo rzeczy do pracy, na uczelnię, w domu. U mnie kończy się to zazwyczaj na dwa sposoby: albo jakimś dziwnym trafem wyląduję w łóżku i prześpię pół dnia albo wszystko czego się chwycę zaczyna się rozpadać. Tak właśnie było w ostatni wtorek. Mogła to być też środa albo zupełnie inny dzień tygodnia. Postanowiłam zrobić ciasto jogurtowe. Stwierdziłam, że mam mnóstwo czasu, więc czemu nie zrobić od razu tarty ze szparagami. I chyba właśnie dlatego, musiałam później wszystko ratować. Pamiętaj, co za dużo to nie zdrowo! No chyba, że chodzi o sos śmietanowy. Sosu śmietanowego nie ma nigdy za dużo.
Czas przygotowania: ok. 90 minut
Ilość porcji: To zależy na ile pokroisz tortownicę o średnicy 26cm :)
Składniki:
- 1 szklanka jogurtu naturalnego (tak, na jogurcie light też wyjdzie)
- 1 szklanka cukru
- 2,5 szklanki mąki
- 3 jajka
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 szklanki oleju lub 100g masła
- 1 opakowanie cukru wanilinowego
- odrobina aromatu waniliowego
- użyj ulubionych owoców, lub też takich, jakie masz pod ręką :)
- szczypta soli
Tak jak ten dzień się zaczął i byłam przekonana, że jestem w stanie zrobić wszystko, tak już przy samym ubijaniu jajek wiedziałam, że jestem skazana na porażkę. Zastanawiam się tylko, dlaczego już wtedy nie odpuściłam. Tak więc jeśli czytasz ten przepis i chcesz, żeby Twoje ciasto było smaczne, puszyste i piękne, to pamiętaj żeby oddzielić żółtka od białek, wtedy je ubić. Choć trochę żółtka w białku i będzie klapa. Mi to ubijanie poszło tak sobie, ale to jeszcze nie było najgorsze w całym pieczeniu. Kiedy piana będzie już na tyle sztywna, że nie będziesz bał się sprawdzić nad głową czy spadnie, dodaj odrobinę soli, a później cukier. Cukier dodawaj stopniowo, jeśli nie chcesz żeby piana opadła. Jeśli zastanawiasz się po co Ci sól ( w sumie jest to logiczne, w końcu pieczesz ciasto?) to już pędzę z odpowiedzią. Ta niewielka ilość soli sprawi, że reszta smaków będzie bardziej wyrazista! No, to skoro już jesteś bogatszy o tę wiedzę to wróćmy do ciasta. To był moment, w którym plułam sobie w brodę, na cholerę ja dalej brnę w to głupie ciasto, przecież tego się nie będzie dało zjeść, marnuję czas! No, ale pomyślałam sobie, że halo! w końcu jestem blogerką kulinarną, nie mogę się poddawać! Uratuję to ciasto! Wzięłam drugą michę, zmiksowałam żółtka, dodałam jogurtu (oczywiście light, musiałam przynajmniej odrobinę się pooszukiwać) później wlałam olej, nie zapominając o miksowaniu wszystkiego. Masa o dziwo na dzień pełen porażek (zapomniałam napisać o tym jak podczas miksowania zapomniałam nałożyć pokrywkę i ja, kot i cała kuchnia pływaliśmy w masie z żółtek. Jestem jednak niesamowicie uparta i dalej wierzyłam, że to nie znak, że powinnam skończyć z tym ciastem. To trochę jak ze związkiem. Czasem wszyscy Ci mówią, że to najwyższa pora aby rzucić tego dupka/tę zołzę, ale do nas to i tak nie dociera i my próbujemy walczyć i naprawiać. Rozczaruję Cię. Mimo tego, że ciasto wyszło zajebiste, nie zawsze warto walczyć o związki) nie wyszła tak tragicznie. Ale wracając do ciasta! Strasznie mi się śmiać chciało, kiedy czytałam, że pianę z białek powinnam delikatnie przekładać drewnianą łyżką i mieszać tak, aby nie zepsuć jej konsystencji. Teraz dodaj cukier wanilinowy, proszek do pieczenia i kilka kropli aromatu.Jeśli nie chcesz tak jak ja, przez 2 godziny zastanawiać się czy coś z tego będzie, to lepiej rób to właśnie w ten sposób. Nie zapomnij w międzyczasie nagrzać piekarnika do 180*C! Kiedy masa będzie już gotowa, blaszka wysmarowana masłem, ciasto przelane i udekorowane owocami, czas włożyć je do piekarnika. I tu moja ogromna uwaga. To nie jest przepis na termoobieg, więc jeśli na prawdę nie chcesz, żeby Twoje ciasto po mniej więcej 20 minutach wyglądało jak moje ( czytaj zwęglone) to ustaw inny program :). Po wyciągnięciu tego węgla z piekarnika bałam się, że zepsuł mi się piekarnik, dopiero później odświeżyłam swoją pamięć odnośnie pieczenia na termoobiegu i jedyne o czym pomyślałam to "nie, brunetko, robisz to źle.". Nie chcąc się poddać, sprawdziłam czy owe "ciasto" jest upieczone w środku ( śmiesznie by było gdyby pod tą grubą warstwą węgla było surowe). Ciasto było w środku idealne. Postanowiłam pozrywać tę spaleniznę. Pierwsze 3 minuty były spoko, pozostałe 30 niekoniecznie. Kiedy stwierdziłam, że nie wygląda do końca apetycznie pomyślałam, że gęsty zastygający lukier idealnie sobie z tym poradzi. Zrobiłam więc lukier z białka, soku z połówki cytryny,150 gramów cukru pudru i różowego barwnika spożywczego. I tu kolejny błąd! Pięknie porowate ciasto wchłonęło lukier niczym gąbka. Nie wiedziałam czy bardziej chce mi się płakać, wyrzucać je przez okno czy przefarbować się na blond. W końcu kilka sztuczek pomogło mi do doprowadzenia go do stanu widocznego na zdjęciach. Tutaj moim zdaniem wygląda już całkiem apetycznie. Podpowiem, że w smaku było niesamowite. I nie śmieszku, nie niesamowicie słabe, tylko naprawdę pyszne. Kiedy zrobisz wszystko zgodnie z moim oryginalnym przepisem, kiedy przez cały dzień nie masz nadziei na to, że wszystko trafi szlag, to włóż go do tego piekarnika na około 50 minut. Tak powstaje pyszny, wiosenny deser ;)
